piątek, 5 sierpnia 2016

Nieznajomy i spektakl

Staram się skupić na odtworzeniu rzeźbień na kominku, ale jest mi ciężko, kiedy gdzieś po głowie chodzi mi myśl,że jakiś koleś ciągle się na mnie gapi. Przestaje rysować, i udając, że oglądam pokój, patrzę w starodawne, duże lustro, na przeciwległej ścianie. Chłopak, który ciągle patrzy na moją kartkę jest wysoki, dobrze zbudowany i ma czarne jak smoła włosy. Z daleka nie mogę dojrzeć wielu szczegółów, więc daje sobie spokój i wzdychając kontynuuję szkic. Kiedy jednak zaczynam, nie mogę się powstrzymać. Odkładam ołówek i odwracam się do nieznajomego.
- Czy wszyscy tutaj są tacy wścibscy? - pytam, z wymuszonym uśmiechem. Chłopak ma duże, szmaragdowe oczy i bladą jak papier cerę. Wygląda jak prawdziwy Ślizgon. Otwiera usta ze zdziwieniem i lustruje mnie wzrokiem. Patrzy na mnie wielokrotnie nabiera powietrza i otwiera usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale rezygnuje i patrzy się dalej. Mruży oczy, przez co wgląda jakby zaraz miał na mnie skoczyć, ale  (ku mojemu zdziwieniu) przekręca głowę, uśmiecha się lekko i mówi, cichym, ale zarazem stanowczym głosem:
- Ta...większość tak. - ma wyraźny akcent i delikatnie przeciąga 'sz', przez co mogę wnioskować, że zna Mowę Węży. Uśmiecham się lekko i unoszę brwi ciągle na niego patrząc. Musi mieć więcej lat niż ja, ale nie dużo.

-Mhm...okay. - mruczę, chwytając ołówek i patrząc się na obraz Salazara. Staram się uchwycić wyraz jego twarzy (co wcale nie jest takie proste, kiedy ktoś ciągle się na ciebie patrzy, nie rozumiejąc aluzji), zarazem ignorując chłopaka. 
BUUM!!!
Odwracam się z krzykiem i patrzę za okno. Coś przed sekunda w nie uderzyło z tak wielkim impetem, że dziwię się, że szyby wytrzymały. To pewnie jakiś Tryton...podobno jest ich to pełno. Powracam do rysowania kiedy znowu!
BUM!!! 
BUM!!! 
BUM!!! 
- Co kuźwa?! - piszczę, znowu się odwracając w nadziej, że zobaczę to okropne stworzenie. 
- Nie tutaj ciołku - słyszę rozbawiony szept chłopaka. Chwyta mnie za ramiona i odwraca w kierunku pokoju. Widzę dwóch chłopaków w moim wieku, stojących naprzeciwko siebie, z różdżkami uniesionymi wysoko. Wszyscy wokół stali i śmiali się w najlepsze. - Pojedynkują się na fajerwerki... - powiedział i po chwili znowu usłyszeliśmy serię wybuchów. Z różdżki jednego z chłopaków wystrzeliło tysiące zielonych, srebrnych i niebieskich iskier, które w powietrzu utworzyły kształt węża. Ale to nie koniec. Chłopak machnął różdżką i stworzenie zaczęło szybować w powietrzu po całym pokoju. Wszyscy kucali albo rzucali się na ziemię, uważając aby ogień nie spalił im włosów. Nagle jedna z dziewczyn, stojących u wejścia do dormitorium syknęła coś w języku węży. Niestety nie zrozumiałam co mówi, ale musiało to być coś zabawnego, bo kilku uczniów ( zapewne tych którzy zrozumieli co powiedziała) zaczęło się śmiać. Wąż, jakby zrozumiał co mówiła i zaczął pełznąc ku niej i jej przyjaciółkom. Uśmiech zszedł z twarzy dziewczyny równie szybko jak się pojawił i zaczęła uciekać schodami do góry. Wąż jednak zmieścił się w korytarz i zniknął nam z pola widzenia. Śmiechy ucichły, słychać było tylko wrzaski i piski dziewczyn, które wąż zastał z dormitorium. Wszyscy w napięciu czkaliśmy na przebieg wydarzeń. Kilka osób wstało i pobiegło na górę, aby uratować wszystko przed spłonięciem, natomiast inni patrzyli z niepokojem na chłopaka, który wyczarował Węża. 
- No cooo? - zapytał w wyrzutem. Usłyszałam dziesiątki odgłosów nabierania powietrza, ale wszystkie zamarły, bo na górze zapadła  cisza. Staliśmy w milczeniu a kilka kolejnych osób rzuciło się aby pobiec na górę z różdżkami w pogotowiu. Wpatrywałam się w napięciu w korytarz i schody na jego końcu. Nagle chłopak, który siedział obok mnie wstał i chwycił mnie za łokieć, podciągając ku górze. Wstałam, ciągle wpatrując się z otwartą buzą w ciemne wnętrze korytarza. Stąd wdziałam  wszystko dużo lepiej, aczkolwiek dziki tłum przedzierał się jak najbliżej wejścia do dormitorium. 
- Nic nie widzę - mruknęłam obrażona, bo chłopak by dużo wyższy i widział wszystko doskonale. Założyłam ręce na biodra i czekałam w milczeniu na rozwój wydarzeń. Nagle chłopak odwrócił się w moją stronę, schylił się i podniósł mnie, tak, że widziałam wszystko, lepiej niż inni. Spojrzałam na Ślizgona i uśmiechnęłam się szeroko. To chyba mój pierwszy szczery uśmiech w Hogwarcie. Chwyciłam go za ramiona, żeby nie spaść i czekałam. 
BUM!!! 
Usłyszeliśmy wiwaty i śmiechy z góry. Zdziwieni zaczęliśmy pchać się do korytarza, aby zobaczyć co się dzieje, ale po chwili tłum zawrócił i zaczął pchać się z powrotem. Wszystko działo się tak szybko, że gdyby nie to, że chłopak mnie nosił pewnie stałabym jeszcze w korytarzu i gapiła się na biegających i panikujących ludzi, zamiast uciekać przed wściekłymi fajerwerkami...jakkolwiek dziwnie to brzmi. Stanęliśmy z chłopakiem w moim kącie i parzyliśmy na to co się dzieje. Wszyscy zdążyli już zbiec z góry kiedy znowu pojawił się Wąż. Nie to nie był Wąż. To był Lew. Złoty lew z czerwoną grzywą uciekał przed naszym Wężem. Symbol Gryffidoru zatrzymał się tuż nad moją głową i ryknął głośno. Zatkałam sobie uszy, ale to nic nie dało, bo w tym samym momencie wszyscy zaczęli krzyczeć.  Wąż pełznął w kierunku lwa i zasyczał głośno, tak, że przeszły mnie ciarki.  
- SLYTHERIN! - wrzasnął jakiś chłopak z tyłu sali i już po chwili wszyscy krzyczeliśmy razem z nim. I nagle, wąż, jakby silniejszy pod wpływem naszego dopingu rzucił se na lwa, a ten rozprysnął się w powietrzu. Ślizgoni zaczęli się śmiać, krzyczeć i  wiwatować, kąpiąc się w pyłku który został po lwie. Wąż natomiast sykną jeszcze raz i z niego również zostały tylko świecące drobinki. Chłopak spuścił mnie na ziemię i uśmiechnął się do mnie szeroko, po czym dołączył do reszty śpiewających Ślizgonów
- A oto kochani, widzieliście spektakl, który odbędzie się na zbliżającym się meczu Qudditcha Slytherin kontra Gryffindor!


Dom Węża

Co ja tu właściwie robię? Nie powinnam była się pakować w takie rzeczy...nie powinnam się zgadzać na tę chorą propozycję. Teraz tkwię tu, sama jak palec, nie mając pojęcia co robić.
Siedzę  w Pokoju Wspólnym, który znajduje się w lochach zamku. Pomieszczenie jest piękne, i czuję, że to moje ulubione miejsce w całym Hogwarcie ( biorąc pod uwagę fakt, że nie byłam nigdzie indziej, poza Wielką Salą i łazienką). Siedzę na czarnym fotelu z wężowej skóry w rogu sali i wyglądam przez okno. Tak. Przez okno. Pomimo tego, że mieszkamy w lochach dysponujemy czymś tak wspaniałym jak szyby. Co prawda  nie dają one tyle światła co normalne okna, ale wystarczająco aby w pokoju panował miły półmrok. Widok jest niesamowity. Nie mamy widoku na góry, Zakazany las, ale na jezioro. Na dno jeziora. Dormitoria znajdują się bowiem pod poziomem wody, a dzięki temu mamy doskonały widok na magiczne, wodne stworzenia zamieszkujące jezioro. Piękna turkusowa woda, przepuszcza pojedyncze promienie słoneczne, oświetlając ciemne pomieszczenie. Pokój Wspólny ma bardzo specyficzny wygląd. Z niskiego, marmurowego sufitu ( który odbijał wszystko niczym lustro ) zwisały ogromne żyrandole, który oświetlały wnętrze chłodnym, zielonym światem. Na jednej ze ścian wisiał potężny obraz Salazara Slitherina, który spoglądał na Wszystkich groźnym, ale zarazem dumnym spojrzeniem. Srebrne ramy obrazu zdobiły małe pozwijane ze sobą węże, tworzące imię i nazwisko założyciela naszego domu, oraz nasze priorytety :Ambicja, Braterstwo, Przebiegłość, Spryt i Zazdrość. Pod obrazem stał kominek, w którym płonął szmaragdowy ogień. Wokół paleniska ułożono kanapy, sofy i fotele ze skóry węża, w kolorze malachitowym. Szare, kamienne ściany zdobiły obrazy, przedstawiające wielkich czarodziejów, wywodzących się z Domu Węża. Podłogę zdobił ogromny dywan, którego barwy mieniły się srebrem, czernią i wieloma odcieniami zieleni. 
 Gustowne zdobienia, bogato zdobione wnętrze, oraz szmaragdowe oświetlenie sprawiały, że pokój wyglądał niesamowicie dostojnie, bogato i szykownie. Niczym prawdziwy wąż.
 Atmosfera tutaj jest niesamowita i niepowtarzalna. Pewnie nikt kto nie należy do tego domu nie byłby w stanie długo tu wytrzymać. Złowrogą ciszę przecinają szepty, syknięcia. Kto tylko umie, posługuje się Mową Węży, co sprawia, że przechodzą mnie ciarki. Wszyscy siedzą w swoich grupkach i wydają się spiskować przeciw każdemu. Oprócz mnie, jeszcze kilku pierwszoroczniaków siedzi samemu i w ciszy przygląda się otoczeniu. Jednak większość osób ma już swoich towarzyszy. Może dlatego, że wywodzą się z magicznych rodzin, szlachetnych rodów, które od wieków wspierają się nawzajem, bądź toczą zaciętą walkę.
 Jednakże pomimo tego, że wyglądamy na samotników, nie cechujemy się braterstwem tak bez celu. Kiedy przychodzi nam podjąć jakąś decyzję czy rywalizować z innymi domami, dawne kłótnie odchodzą w niepamięć i stajemy do walki razem, jak jeden mąż. Wszyscy jesteśmy jedną komórką, która za wszelka cenę chce przejąć władzę w organizmie.
 Jesteśmy geniuszami w organizacji zespołowej. Kochamy rywalizację, i chociaż zdarza nam się oszukiwać, wszystko robimy dla honoru i zabawy. Cechujemy się sprytem, przebiegłością i ambicją, czyli tym co pozwala nam uzyskać przewagę w potyczce. Nie bez powodu mówi się, że najwięksi czarodzieje wywodzą się ze Slytherinu. Zazwyczaj tutaj trafiają czarodzieje czystej krwi, dlatego dziwię się, czemu taki Mugol jak ja dostał się właśnie tu. Bynajmniej, lubię rywalizację, jestem ambitna, sprytna i przebiegła, ale wiem o świecie czarodziejów niecałe dwa miesiące. To dość dziwne, nie miałam nic wspólnego z czarami, a ląduję w świecie, który się na niej opiera. Co nie jest końcem. Trafiam do najlepszej szkoły magii a gdy już w niej jestem, zostaje przydzielona do Domu w który króluje czysta krew.
 Kiedy Tiara Przydziału, lekko dotknęła mojej głowy i od razu, wrzasnęła "SLYTERIN!", wszyscy z całą pewnością myśleli, że wywodzę się z jednego ze starych, szlachetnych rodów. McGonagall , kazała mi jak najskuteczniej omijać temat mojego pochodzenia, jakby obawiała się problemów. Powiedziała mi to krótko, przed ceremonią Przydziału, jakby wiedziała do jakiego domu trafię i, że nie będzie mogła, w najbliższym czasie ze mną o tym porozmawiać. Dziwna kobieta...
 Siedzę właśnie w moim kącie i piszę w pamiętniku, uważnie obserwując wszystkich tu zgromadzonych. Nie mam wątpliwości. Królują tutaj najstarsi uczniowie; Victoria Zabini oraz jej chłopak Juliusz Lestrange. Tworzą porywczą i władczą grupką, która ma ściśle określonych zwolenników. Wolę się, nie rzucać w oczy, aby nikt nie zapytał mnie o pochodzenie.
Zbieram się właśnie za rysowanie Pokoju Wspólnego kiedy ktoś siada na fotelu obok.